Jerzy Granowski
Słuchowisko radiowe
„ZA PIENIĄDZE NAWET DO PIEKŁA”
26 grudnia 1982r. Emisja
słuchowiska na antenie PR Katowice w magazynie „Mikrofon i Muzy”.
06 stycznia 1983r. Nagroda Główna PR Katowice w konkursie na słuchowisko
radiowe.
Reżyseria Janusz Kukuła, realizacja dźwiękowa Elżbieta Szklarczyk,
obsada aktorska: Teresa Kałda, Bernard Krawczyk, Ryszard Zaorski i Wiesław Grabek.
OBSADA: (W charakterystycznym
poszumie biura gra – dość głośno –
radio. Po chwili dzwoni telefon. Słychać szelest odkładanych kartek papieru i
dźwięk podnoszonej słuchawki. Cichnie radio i słychać dziewczęcy głos,
zgłaszającej się sekretarki.) SEKRETARKA - Sekretariat naczelnika elektrowozowni,
słucham! (W
słuchawce telefonu słychać tubalny głos mężczyzny.) TOMANEK - Dzień dobry pani! Tu naczelnik działu trakcji Tomanek.
Proszę połączyć mnie z naczelnikiem Kowalskim. SEKRETARKA
- Dzień dobry panu. Już łączę. (Słychać trzask przełącznika i przytłumiony
terkot. Po chwili zgłasza się normalnym, ale energicznym głosem – Kowalski.) KOWALSKI - Kowalski... TOMANEK - Cześć Adam! KOWALSKI - Cześć! TOMANEK - Adam! Co tam do diabła u was się
dzieje!? KOWALSKI
- A co ma się dziać? TOMANEK -
Zawiadowca z towarowej interweniuje, że nie daliście zaplanowanej ilości
elektrowozów na pociągi! KOWALSKI - A skąd je wezmę?! Przecież nie wytrzepię
ich z rękawa! TOMANEK - A co, wszystkie już wydałeś? KOWALSKI - Nie, nie wszystkie bo... (Tomanek
wpada w słowo.) TOMANEK - Dlaczego? KOWALSKI - ... brakuje mi przecież ludzi! TOMANEK - To dlaczego wykazałeś, że masz obsadę
w stu procentach, do cholery! KOWALSKI - Oczywiście, że tak! Jednakże nie wziąłeś pod uwagę, że część
załogi jest na urlopach i na zwolnieniach lekarskich. TOMANEK -
Nic mnie to nie obchodzi. Masz zrobić tak, aby dwa elektrowozy wyjechały na
towarową. O wyniku masz mnie natychmiast powiadomić! Słyszysz!? Powiadomić i to
natychmiast! KOWALSKI - Aaa... (W tym czasie Tomanek rzuca słuchawkę, gdy Kowalski chciał coś jeszcze
dodać. Słychać sygnał w słuchawce.) KOWALSKI - A, aa.. A by to szlag trafił! (Kowalski z trzaskiem odkłada słuchawkę. Wstaje z krzesła, szurając nim
po podłodze i zaczyna chodzić po biurze, tam i z powrotem, głośno myśląc.) KOWALSKI - Czy on się zerwał z haka, do cholery,
czy co? Skąd mu wezmę maszynistów. Nie mam już żadnej rezerwy. Co robić?
Hmmm... Co robić? (Kowalski
podchodzi do drzwi i je otwiera. Słychać już z sekretariatu radio. Kowalski
mówi do sekretarki...) KOWALSKI - Pani Ewo! Proszę natychmiast wezwać
kadrową. Niech weźmie ze sobą książkę obsad i niech dowie się od dyspozytora o
sytuacji. SEKRETARKA - Tak jest! Panie naczelniku. (Kowalski wraca
na swoje miejsce a z sekretariatu na tle włączonego radia dobiega głos
sekretarki.) SEKRETARKA - Pani Borowska? Naczelnik Panią wzywa. Proszę
jeszcze dowiedzieć się u dyspozytora o sytuacji i proszę wziąć książkę obsad. (Po chwili mówi dalej.) - Nie wiem. (Dodając
ciszej.) - Jest wściekły. (Chwila muzyki i
na jej tle słychać otwarcie, lekko skrzypiących drzwi, drobne kroki kobiece i
głos Borowskiej.) BOROWSKA - Dzień dobry... SEKRETARKA
- ...dobry pani. BOROWSKA - Szef u siebie? SEKRETARKA - Tak, tak. Czeka na panią. Niech pani
wejdzie. (Borowska wchodzi
do naczelnika, muzyka milknie po zamknięciu drzwi. Borowska spokojnym mówi
spokojnym głosem.) BOROWSKA - Dzień dobry panie naczelniku. KOWALSKI -Witam panią! Proszę siadać... (Słychać
przesuwane krzesło, szelest kładzionych na stół kartek i książki obsad a naczelnik,
nie przerywając, mówi dalej.) - ... i proszę mi powiedzieć jak
przedstawia się sytuacja eksploatacyjna i obsady. (Borowska chrząka i zaczyna mówić.) BOROWSKA - Panie naczelniku! Otóż na dwadzieścia
cztery elektrowozy, piętnaście jest z pociągami, sześć w naprawie a trzy stoją
gotowe do uruchomienia, lecz brak maszynistów. KOWALSKI - A jak to wygląda z ludźmi? (Słychać szelest
przerzucanych kartek książki obsad.) BOROWSKA - Hmm... nie jest najlepiej. Otóż na 96
maszynistów jest 72, z tego na linii piętnastu. Także piętnastu odpoczywa po
nocnej zmianie a piętnastu ma przyjść na nockę. KOWALSKI - A pozostali? BOROWSKA - Noo... Dziesięciu na urlopach, sześciu na
chorobie a reszta to oddelegowani... KOWALSKI - A kto kazał, do cholery, tylu ludzi
oddelegować!? BOROWSKA (odpowiada nieśmiało) - To pan kazał... gdy prosili z
De-eR-Ka-Pe. KOWALSKI (już spokojniej) -
Przepraszam. Już mi się wszystko miesza w głowie przez tą cholerną robotę.
Niech pani awizuje dwóch maszynistów i proszę wszystkich odwołać z urlopów. BOROWSKA - To niemożliwe, panie naczelniku! KOWALSKI - Jak to? BOROWSKA - Nie mam pojęcia gdzie ich szukać. Nie
zostawili przecież adresów, a po drugie przez te śniegi i tak nie dojadą.
Prawie wszystkie pociągi dalekobieżne są po odwoływane. KOWALSKI - Dojechać muszą! A pani ściągnie ich
przez radio. To wszystko, dziękuję pani. BOROWSKA - Tak jest, panie naczelniku. (Borowska wstaje, zabiera ze stolika książkę obsad i wychodzi. Słychać
kroki, otwieranie i zamykanie drzwi . Przechodzi przez sekretariat, w którym
gra cicho radio. Ponownie słychać otwieranie, ale lekko skrzypiących drzwi i
ich zamykanie. Dalej w tle akustycznego korytarza słychać drobne kroki
Borowskiej, która głośno myśli – prawie mruczy pod nosem.) - Chyba zwariował. Kto mu teraz zechce
przyjść? Jednych nie mogę bo są po nocy, drudzy na noc... i jeszcze to radio.
Chociaż? Może któryś się zgodzi. Trzeba spróbować... (Borowska zatrzymuje się pod drzwiami swojego biura. Otwiera drzwi,
wchodzi i zatrzaskuje je za sobą. Z hukiem rzuca na biurko książkę obsad.
Słychać szelest kartek, trzask podnoszonej słuchawki i terkot tarczy telefonu.
Mówi do słuchawki.) - Ewuniu! Pójdziesz do Malinki i
Walczaka, żeby zgłosili się do służby. A jeśli odmówią to w ostateczności idź
do Żabińskiego. (Po chwili milczenia mówi.) - Tak, do tego dziadka... ( Po krótkiej chwili.) - Nic nie szkodzi, że pojutrze odchodzi
na emeryturę. Dodatkowy grosz mu się przyda, a na uroczystość na pewno zdąży.
Biegnij już, tylko dobrze się ubierz bo strasznie wieje. (Słychać trzask odkładanej słuchawki.
Z wyciszenia wchodzi przerywnik muzyczny a po chwili słychać otwieranie
drzwi i głos zasapanej sekretarki. Przerywnik muzyczny cichnie.) SEKRETARKA
– Pani kierowniczko... BOROWSKA - O! Już jesteś? Szybko się uwinęłaś. SEKRETARKA - Tak, tak. Nie było to takie łatwe, zaspy do
pasa i wieje, jak diabli. BOROWSKA - Co załatwiłaś? SEKRETARKA
- Tak jak pani przewidywała. Walczak i
Malinka nie zgodzili się a przy tym klęli jak szewcy.
Powiedzieli, że po szesnastu godzinach pracy nie zdążyli jeszcze wypocząć i
mają to wszystko gdzieś... Zgodził się natomiast Żabiński. Mówił, że jak to
takie ważne to pojedzie, chociaż jest trochę przeziębiony. A mnie się wydaje,
że jest chory bo strasznie kaszle. Aha!
Powiedział jeszcze, że w pięknym stylu pożegna pracę i kolej a potem na
emeryturę... BOROWSKA - Dobrze, że chociaż jeden... Trochę mi go
szkoda bo rzeczywiście może nie zdążyć na uroczyste pożegnanie. Ale cóż... tego
nie zmienimy. Taki jest los służby. (Chwila muzyki i
na jej tle słychać dzwonek telefonu i podnoszenie słuchawki. Zgłasza się
sekretarka.) SEKRETARKA - Sekretariat naczelnika elektrowozowni,
słucham. TOMANEK - Proszę jeszcze raz naczelnika. SEKRETARKA - A kto prosi? TOMANEK - Tomanek... SEKRETARKA - Och! Nie poznałam pana, już łączę. (Słychać trzask
przełącznika i normalny głos Kowalskiego.) KOWALSKI - No, słucham. TOMANEK - Dlaczego nie dzwonisz! Już dyrektor
mnie wzywał. Jest zaniepokojony bo to sprawa gardłowa. Komitet Zakładowy też mi
suszy głowę. Jeden skład musi być w Warszawie za dwanaście godzin. Elektrownia
stanie. KOWALSKI - Wiem przecież jakie to ważne. Załatwiłem
już jeden elektrowóz. Przed chwilą pojechał na towarową. TOMANEK - To już coś. Teraz załatw drugi... A
mówiłem ci, że za pieniądze to i do piekła pojadą! (mówi śmiejąc
się.) KOWALSKI - Dobra, dobra. Nic już więcej nie zrobię.
I tak dobrze się złożyło, że Żabiński się zgodził... (W międzyczasie
słychać otwarcie drzwi i głos sekretarki, wpadający w słowo naczelnika
rozmawiającego przez telefon.) SEKRETARKA - Panie naczelniku... KOWALSKI -...to cześć. Muszę kończyć bo mam drugi
telefon... (Słychać trzask
odkładanej słuchawki.) KOWALSKI - Co tam znowu? SEKRETARKA - Przed chwilą dzwonił dyspozytor i
powiedział, że Żabiński wyjechał na towarową. KOWALSKI - To dobrze, już najwyższy czas. SEKRETARKA - Ale on mówił, że Żabiński nie powinien
jechać bo jest chory... KOWALSKI - Ja też jestem przeziębiony. A on jak się
zgodził, to widocznie czuje się na siłach. SEKRETARKA - Może... (Rzuciła
z dozą zaniepokojenia i wychodząc zamknęła drzwi. Naczelnik podnosi słuchawkę i
wykręca numer telefonu. W słuchawce słychać matowy głos, zgłaszającego się
Bronka.) BRONEK - Rada Zakładowa... słucham! KOWALSKI - Cześć, Kowalski. BRONEK - Cześć. Co chciałeś? KOWALSKI - Nie masz czasem w zanadrzu trochę forsy? BRONEK - A co? Znowu ci zabrakło? (Mówi
śmiejąc się.) KOWALSKI - Nie żartuj! To dla Żabińskiego. BRONEK - Przecież już mu przygotowałem
kopertę na pożegnanie. KOWALSKI - Przecież wiem! Tylko chodzi mi o
zwiększenie tej kwoty. BRONEK - A innym nie? KOWALSKI - Jest teraz napięta sytuacja a on jako
jedyny zgodził się jechać z węglem do Warszawy... BRONEK - Adam, czyś ty zwariował!? Przecież
on zrobił ostatnią nockę i to dzięki lekarzowi. Swoje już odpracował. A ty...
na taką zasraną pogodę... KOWALSKI - A co miałem robić? Zgodził się i wie
jaka go może czekać jazda... Zresztą nie pierwszy raz... BRONEK - A widziałeś maszynistę, który nie
chciałby jechać jeszcze ten ostatni raz? Mogłoby to ciągnąć się aż do śmierci. KOWALSKI - Nie przesadzaj. Przecież Warszawa czeka.
To jest teraz ważne. Zresztą, Tomanek ma rację, że oni za forsą pojadą
chociażby do piekła. BRONEK - Do piekła czy do nieba, nie ma
różnicy. Ludzie są przemęczeni. Pracują po 260 godzin miesięcznie, drzwi do
lekarza nie zamykają się. Jeszcze się
coś stanie i co? KOWALSKI - Nie praw morałów. Powiedz lepiej: dasz,
czy nie? BRONEK - No, dam! Tylko uważaj, bo to kiedyś
źle się skończy. KOWALSKI - Dobra, dobra... cieszę się a tymczasem
cześć! BRONEK - Cześć, cześć! (Kowalski
odkłada słuchawkę i następuje cisza.) (Na planie muzyka i w jej tle słychać
natężający się świst wiatru. Z głębi zbliżają się kroki. Słychać otwarcie i
zamknięcie, skrzypiących, ciężkich drzwi. Tupanie i otrzepywanie butów ze śniegu.
Szelest ściąganego kożucha oraz głos.) DYŻURNY
RUCHU - Psia krew! Ale
dziadowska pogoda! Ciekawe ile teraz mrozu? (Podchodzi
do okna i ze zdziwieniem ciągnie) - Ho, ho!
Już dwadzieścia pięć. Jak dobrze pójdzie to i trzydziecha skoczy... (W tym czasie wchodzi do izby manewrowy,
mocno tupie i mówi trochę zaciągając.) MANEWROWY - Cholerna pogoda! Chiba niebo siee
na nas zeźliło. DYŻURNY RUCHU -
Dobrze, że jesteś. Nie rozbieraj się i leć na czternasty tor bo dostaliśmy
elektrowóz. Wyślę zaraz rewidenta do próby uproszczonej. MANEWROWY -
Jak to? Pszecie ledwom go skrencił i trza szczegółowom! DYŻURNY RUCHU -
Nie dyskutuj! Wal do roboty. Za dwadzieścia minut pociąg musi być gotowy do
odjazdu. MANEWROWY -
Pszecie w tako zasrano pogoda nawet w godzina nie oblece z końcówkami. DYŻURNY RUCHU -
A gówno mnie to obchodzi! Rób tak jak kazałem! MANEWROWY -
Nie nerwujsia, nie nerwuj... już frigam jak ptok. Ino żeby mi skrzydeł nie
zawiało. (Słychać
otwarcie drzwi i świst wiatru. Manewrowy mówi do siebie ze złością.) - To ci
pieron. Ani się łogrzoć nie do... ( Manewrowy oddala się a dyżurny za nim
krzyczy.) DYŻURNY
RUCHU - Eeeee! Hrabioooo! A drzwi
kto zamknieeee!? (Dyżurny wstaje i
zatrzaskuje drzwi. Chwila muzyki i na jej tle słuchać świst wiatru, kroki
manewrowego, który zbliża się do huczącego silnika elektrowozu. Po chwili
metaliczny stuk i wołanie manewrowego.) MANEWROWY - Eee! Mechanik! Dawaj na pociong.
Ino leko siśś! (Głosem starszego
zachrypniętego i kaszlącego mężczyzny odpowiada maszynista Żabiński.) MASZYNISTA - Już dojeżdżam! (Świszcze
wiatr i w oddali słychać dwa krótkie gwizdy i krzyk manewrowego.) MANEWROWY - Eeee! Ciśś bo mi rence
obmarznomoom! MASZYNISTA - Co się drzesz! Już dociskam! (Na tle świszczącego
wiatru słychać natężający się ryk silników elektrycznych i po chwili potężny
łoskot.) MANEWROWY -
A niech cieee szlag traafii! Zwariowałeś! Pszeca te bryki się rozlecom, takeś
przywalił! MASZYNISTA -
Co się tak boisz?! - śmiejąc się mówi
dalej. - To przecież stal a nie twoje portki!. Ha! Ha! Ha! (Maszynista
zatrzaskuje okno elektrowozu – wiatr nieco cichnie – słychać miarowy, spokojny
rytm sprężarek. Maszynista Żabiński głośno mówi do siebie.) MASZYNISTA -
Jakiż on delikatny. Myślałby kto. E tam... Dobrze, że trafił mi się dobry
pociąg. Jak Warszawa potrzebuje, to i zielone światła będą mi świecić. A potem
na pożegnanie. (kaszle i głośno myśli dalej). Będzie bal dla dziadków. (Śmieje
się do siebie.) Ciekawe co też tam przygotowali
na pożegnanie. A co będę robić na emeryturze? Chyba poważnie wezmę się za
malowanie obrazków... Może i na jaki konkurs... (Przerywa głośne myślenie i
zaskoczonym głosem mówi.) – Oooo! Już zielone? Czy nie za szybko? (
W tym samym czasie słychać pukanie w pudło elektrowozu. Maszynista otwiera okno
i woła.) MASZYNISTA -
Co taam?! DYŻURNY RUCHU -
Panie Żabiński! Macie dokumenty i zaraz w rejs! MASZYNISTA -
A gdzie karta próby hamulca? DYŻURNY RUCHU -
Zaraz będzie! Oo! Nawet już widać rewidenta. (Krzyczy do niego) -
Panie rewidencie! Co się tak pan guzdrzeee! REWIDENT -
(Z oddali) A coo! Pali się? Żeby nie ja to trzeba by było wystawić dwa wagony
ze składu! (Słychać głos już bliżej.) – Nie byłoby hamowanego! MASZYNISTA -
A co im było? (Mówiąc, przy tym kaszle.) REWIDENT -
Przewody nieszczelne. Uszczelniłem. A gdzie się pan tak zaprawił? MASZYNISTA -
Każdemu to się może zdarzyć! (Śmieje się.) DYŻURNY RUCHU -
(Tez śmiejąc się mówi) – Złego diabli nie biorą. Podpisuj pan kartę próby i
odjazd, bo mechanik się niecierpliwi. REWIDENT -
Dobrze już! Podpisuję! MASZYNISTA -
Jak to się niecierpliwie? Co nagle to po diable! Przecież miała być szczegółowa
próba a wy to załatwiliście szybciej, niż ten pieprzony wiatr wieje. DYŻURNY RUCHU -
Niech się pan nie denerwuje! To potrzeba chwili. Masz pan kartę i odjazd! MASZYNISTA -
I tak z wami nie można dojść do ładu. Dawajcie i cześć! (Maszynista
zatrzaskuje okno, pociąg rusza. Stukot kół cichnie a pozostaje tylko świst
wiatru. Dzwoni telefon w biurze sekretarki. Słychać delikatną muzykę z
radioodbiornika. Sekretarka podnosi słuchawkę.) SEKRETARKA -
Halo! Sekretariat naczelnika elektrowozowni. TOMANEK -
Proszę naczelnika. SEKRETARKA -
Już przełączam... (Słychać trzask przełącznika.) KOWALSKI -
Kowalski, słucham. TOMANEK -To
ja. Cieszę się, że załatwiłeś ten elektrowóz. Pociąg z węglem już odjechał.
Miałem meldunek. KOWALSKI -
I co z tego! Już wiem ba was sekretarz
kazetu dzwonił do mnie. TOMANEK -
On mi suszy głowę bo chce jeszcze jeden... KOWALSKI -
A ja mu powiedziałem co o tym myślę. TOMANEK -
Wiem. Ale obiecałem mu.. Załatw to, co? KOWALSKI -
Szlag by to trafił! Wiesz, że to niemożliwe! Dajcie mi
już z tym spokój! Przyjdą ludzie i ten skład odjedzie w nocy. Po co ta
gorączka! TOMANEK -
Wiesz, że wtedy zaliczą ten skład do naszej zmiany. KOWALSKI -
Daj mi spokój. Nic nie mogę zrobić chociażby mieli mnie zwolnić. Ludzie i tak
harują ponad normę i nie myślę nikogo zmuszać do roboty. Jeszcze przyjdzie
kiedyś piękny dzień i żaden elektrowóz nie wyjedzie. TOMANEK -
Co ci strzeliło do głowy? KOWALSKI -
A tak! Był u mnie lekarz zakładowy i wygarnął mi co się należy. TOMANEK -
Nie przesadzaj! Przecież za forsę to oni nawet... KOWALSKI -
Ty tylko swoje. Przecież gdzieś istnieją granice ludzkich możliwości. Nie? TOMANEK -
Tłumaczysz mi jak dziecku. Gadaj! Załatwisz? KOWALSKI -
Nie! TOMANEK -
Bo będę zmuszony zgłosić gdzie trzeba! KOWALSKI -
A zgłaszaj sobie i daj mi wreszcie święty spokój! – Cześć! (Rzuca słuchawkę i
głośno myśli) – Rzygać się chce jak tak żebrają. Jak się nie da to po co zaraz
straszyć? Ostatnio tylko się ryzykuje, aż zapachnie kiedy kryminałem. Całe
szczęście, że ta cholerna dniówka się kończy. Niech teraz inni się pomęczą.
Szedłbym na urlop, gdyby wyrazili zgodę... - Ciekawe jak tam sobie radzi
Żabiński, chyba już minął Częstochowę. Będę się musiał przygotować do tej
uroczystości. Muszę dziadków wspaniale pożegnać. Ech! Dość tego! Trzeba się
pakować i do domu... (Kowalski
kończy rozmyślania i zaczyna cicho gwizdać. Trwa to do zupełnego wyciszenia.) (Chwila muzyki. Dzwoni budzik. Zza okien
słychać świst wiatru. Kowalski ziewa. Skrzypi kanapa. Wstaje, szurając
pantoflami podchodzi do radioodbiornika i włącza go. Gra muzyka ludowa i na jej
tle spiker mówi: „godzina szósta trzydzieści”. Dalej gra muzyka. Kowalski
wchodzi do łazienki, puszcza wodę. Gwiżdże melodię, którą słyszy z radia. Po
umyciu się zakręca kurek. Podczas
ubierania się głośno myśli.) KOWALSKI -
Trzeba się spieszyć, bo czas ucieka a po śniegu nie będzie tak łatwo iść. Och!
Żeby ta dniówka była spokojniejsza. Chyba jestem przemęczony. Za nic nie chce
mi się tam iść. Ten młyn już mi bokiem wychodzi. A niech tam! Załatwię sobie
urlop i zapomnę o świecie. (Podchodzi do
radioodbiornika i wyłącza go. Chwyta klucze (brzęczą) podchodzi do drzwi
otwiera i zamyka je za sobą. Wkłada klucz i przekręca zamek. Narasta świst wiatru i
na jego tle słychać kroki. Trochę muzyki i po chwili otrzepywanie butów ze
śniegu, otwieranie, lekko skrzypiących
drzwi. Naczelnik wchodzi do sekretariatu, w którym jest już sekretarka. Zamyka
za sobą drzwi, ściąga palto i wesoło mówi.) KOWALSKI - Dzień dobry pani! Już pani
jest? Dobrze, że tu tak ciepło. SEKRETARKA - Dzień dobry panu. – odpowiada
chłodno. KOWALSKI - Proszę mi zrobić dobrej
kawy, może mnie trochę wzmocni. SEKRETARKA - Jedną sekundę, woda już wrze. KOWALSKI -
A cóż pani taka poważna? Chyba z chłopcem coś się nie udało? – mówi wesoło. SEKRETARKA -
O! Kawa już gotowa... Nie oto chodzi... – mówi, podając z brzękiem kawę. KOWALSKI -
Dziękuję... a o co? – pociąga przy tym łyk kawy, siorbiąc. SEKRETARKA -
Bo.. Jakby tu powiedzieć... Prokurator przyjdzie za pół godziny... KOWALSKI -
Co się stało? – mówi podekscytowany. (Drży na spodku szklanka z kawą.) SEKRETARKA -
Dzisiaj nad ranem... Około godziny piątej... Żabiński pod Częstochową
przejechał sygnał „stój” i wjechał na koniec jakiegoś pociągu towarowego, który
stał na torach stacyjnych... KOWALSKI -
(Z przerażeniem) – Psia krew! A co z Żabińskim!? SEKRETARKA -
Niestety, nie żyje. (Naczelnikowi
wypada z rąk kawa. Szklanka się tłucze. Następuje grobowa cisza, z której
słychać narastające jednostajne wycie sygnału elektrowozu. Naczelnik siada i po
chwili mówi.) NACZELNIK -
Jezus... Maria.. Ja mu przecież wszystko... Przygotowałem.. Pożegnanie...
Pieniądze... Wszystko... Pieniądze... Pożegnanie... Emerytura... Pieniądze... (Naczelnik
powtarza to w kółko, aż do zupełnego wyciszenia głosu a po nim sygnału
elektrowozu.) KONIEC SŁUCHOWISKA Jerzy Granowski